Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez pszenicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez pszenicy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

Brokułowy krem z porem i miętą.



Starsza Córka zastrajkowała, przestała zjadać w szkole obiady, które przygotowywałam dla niej wczesnym rankiem i zawoziłam w ślicznym, zielonym termosie. Głównie zupy kremy, żeby miała coś ciepłego, ale żeby nie było monotonnie lądowały tam też inne dania.
W każdym razie, termos wracał do domu pełny, więc i ja zastrajkowałam. Nie gotuję. Mogę pospać pół godziny dłużej.

Ostatnio do brokułowej zupy dodałam świeżej mięty, tuż przed jej zmiksowaniem. Wyszła fantastiko!

Brokułowy krem z porem i miętą:
1 brokuł
1 por
1 litr bulionu
1 łyżka masła klarowanego/oleju kokosowego/smalcu
sól, pieprz
kilka listków świeżej mięty.

Por siekamy i dusimy na maśle aż się zeszkli, dodajemy brokuł, pokrojony na mniejsze części, zalewamy bulionem, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy jeszcze przez 4 minuty, brokuł ma być jeszcze lekko chrupki. Wrzucamy miętę i miksujemy blenderem na gładką masę, doprawiamy solą i pieprzem.


Voila!


poniedziałek, 19 października 2015

Dyniowe kluseczki z cynamonem i imbirem.





Zawsze uważałam, że to co zjadamy, ma ogromny wpływ na nasze zdrowie. Dlatego starałam się wybierać zdrowe produkty, kupować w sprawdzonych miejscach i karmić rodzinę przede wszystkim domowymi potrawami, których skład znam od początku do końca.
W sklepach zaglądałam na półki ze 'zdrową żywnością' i stamtąd dowiadywałam się co jest 'zdrowe'.
W internecie przeglądałam artykuły na portalach o zdrowiu, czytałam blogi wegetarian i czerpałam z nich przepisy. Mięso zastępowałam cieciorkami i soczewicami wierząc, że to zdrowsze rozwiązanie.
Jak się okazało nie do końca.
A przynajmniej nie dla każdego.
Moja droga do poznania tego, co najlepiej odżywi moją rodzinę, a w szczególności Starszą Córkę, która zmaga się z chorobą autoimmunologiczną, była długa, kręta i wyboista.
Przekonałam się, że medycyna alopatyczna niewiele ma nam do zaoferowania. Że celuje w objawy, zagłuszając to, co organizm chce przez nie powiedzieć.
Wszystkie choroby z autoagresji mają jedno podłoże. Choruje cały organizm, nie ważne w jakim miejscu w organizmie zaczną pojawiać się stany zapalne. Wyciszanie objawów, zagłuszanie reakcji układu immunologicznego po to, aby uzyskać jedynie wizualny efekt, nie jest poprawą stanu zdrowia. Odstawienie leków zazwyczaj kończy się powrotem objawów, jeśli nie pogorszeniem.

Nie chcę czegoś takiego dla mojego dziecka.
Stąd poszukiwania, drążenie, próby dotarcia do podłoża, do początku, do momentu, w którym w tym małym organizmie coś poszło nie tak, że zaczął zwalczać swoje własne tkanki.
Stąd najpierw odstawianie pokarmów, które mogą działać prozapalnie.
W internecie można znaleźć kilka dróg, leczniczych diet, terapii... Ale wierzę, że nie było przypadkiem to, że kiedy Stowarzyszenie Opolskiej Blogosfery Kulinarnej stawiało swoje pierwsze kroki, jednym z jego członków była Ajwen. I to ona naprowadziła mnie na trop w kierunku paleo.
Bardzo długo trawiłam teorię, czytałam historie osób z różnymi schorzeniami, którym udało się na tej diecie doprowadzić swój organizm do równowagi. Jednak sam protokół, celowany w choroby autoimmunologiczne, wydawał mi się zbyt wielkim wyzwaniem.
Dopiero pewna dobra dusza, z którą przegadałam wiele wieczorów, pokazała mi jak, drogą wyrzeczeń i ciężkiej pracy, można zapanować nad reumatoidalnym zapaleniem stawów. I jak podejść do tego indywidualnie.
Był to czas, kiedy kolejna iniekcja sterydu wprost do stawu kolanowego pomogła tylko na pięć dni (gdzie wcześniej mieliśmy 'spokój' miesiącami).
Rzuciłam wszystko na jedną kartę.
Protokół trwa trzy do sześciu miesięcy, potem można próbować z powrotem wprowadzać wcześniej usunięte z diety pokarmy. Czym jest te sześć miesięcy w obliczu całego życia, które czeka na moją Córkę?
I nawet jeśli to nie pomoże i trzeba będzie trzeba znów szukać - czym jest te kilka miesięcy, żeby nie spróbować i nie dowiedzieć się, czy mogę w sposób naturalny, bez skutków ubocznych, poprawić jakość życia swojego dziecka?

Po tych dwóch miesiącach chyba widzę światełko w tunelu. Nie jest idealnie, po drodze natrafiliśmy na kolejną kłodę pod nogi w postaci boreliozy i właśnie kończymy antybiotykoterapię. Ale obrzęk jest mniejszy. Kolanko nie jest już tak gorące, jak wtedy gdy zaczynaliśmy. I nawet mamy takie poranki, kiedy nóżka nie boli i działa całkiem fajnie.

Protokół, oprócz mnóstwa godzin spędzonych w kuchni, daje też możliwość odkrycia w sobie takich pokładów kreatywności, o których nie miało się pojęcia.
Takie na przykład dyniowe kluseczki. Pychotka.

Tapioka na protokole jest produktem trochę kontrowersyjnym, ale stosujemy. Jest bardziej dostępna niż inne proponowane skrobie. Ważne żeby dynia miała zwarty miąższ. Ja użyłam hokkaido, ale może być też piżmowa.

Dyniowe kluseczki z cynamonem i imbirem:
1 dynia hokkaido
1 średni batat
2 łyżki mąki kokosowej
skrobia z tapioki (może być też mąka ziemniaczana)
sól
olej kokosowy

Dynię, przekrojoną na pół, wypestkowaną i batata pieczemy w piekarniku w 180st. C przez około 40 minut. Możliwe że batata trzeba będzie wyciągnąć nawet 10 minut wcześniej - należy sprawdzać widelcem.

Zagotowujemy osoloną wodę w garnku, na patelni powoli rozgrzewamy tłuszcz kokosowy z cynamonem i imbirem.
Gnieciemy dynię i batata widelcem, dodajemy mąkę kokosową, zabieramy 1/4 ciasta, tak jak w kluskach śląskich i dołek uzupełniamy skrobią z tapioki.
Ciasto mieszamy dokładnie, będzie dość luźne. Łyżeczką formujemy kluseczki i wrzucamy je do wrzącej wody. Wyciągamy gdy wypłyną, będą troszeczkę klejące, więc wrzucamy od razu na rozgrzany olej kokosowy z przyprawami i krótko podsmażamy aż się zrumienią.

Można podać z owocami i cynamonowym cukrem pudrem ;)


Smacznego!







niedziela, 11 października 2015

Jesienna Żarłostacja, już-sama-nie-wiem-która edycja.



Kocham to dziecko opolskich blogerów kulinarnych miłością niezmienną. I cieszę się, że z imprezy na imprezę zapał nie gaśnie a gości i jedzenia nie brakuje.
Pierwsze primo, jak zwykle z menu bezowym - bez glutenu, bez nabiału, bez jaj etc. Były trufle, tartaletki, brownie, placek ze śliwkami i zupa dyniowa.

Brownie z cieciorki, z przepisu jadłonomii. Musiałam zużyć zapas cieciorki, której sami już nie jemy. Jedynie Mąż Biegacz, czasem, ale z jego zapałem do gotowania zapewne by się zmarnowała.

Trufle i tartaletki miały tę samą bazę wyjściową. Ciężko jest mi określić jakie były w nich proporcje, ponieważ robiłam ją 'na oko' z namoczonych wcześniej i zmiksowanych daktyli, rodzynek i żurawiny suszonej oraz różnych orzechów i wiórków kokosowych - zmielonych, ale nie na mąkę. Powstała masa o konsystencji plasteliny, którą wylepiłam foremki na minitartaletki i włożyłam do zamrażalnika. Z pozostałej masy ulepiłam kulki i otoczyłam je w gorzkim kakao (pralinki). Łatwizna ;-)

Placek ze śliwkami natomiast to wynik moich eksperymentów kulinarnych w zakresie protokołu autoimmunologicznego, na którym jestem razem ze Starszą Córką. Ale o tym kiedy indziej, może...
Chciałabym mieć Hermionowy zmieniacz czasu, Ha!
Placek nie zawiera cukru, słodycz zawdzięcza bananom i mące kasztanowej.


Paleoplacek ze śliwkami i galaretką z rokitnika:
(proporcje na kwadratową blaszkę do brownie)
8 łyżek mąki kasztanowej
4 łyżki mąki kokosowej
2 łyżki mąki z maranty trzcinowej (lub innej skrobii, np. ziemniaczanej)
3 banany
70 ml oleju kokosowego, roztopionego
1/2 łyżeczki startego świeżego imbiru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
dwie garście śliwek wydrylowanych, przekrojonych na pół

galaretka z rokitnika:
pół szklanki owoców rokitnika
szklanka wody
2 płaskie łyżeczki agaru
miód do smaku, ja dałam dwie łyżki.

Mąki mieszamy razem z sodą, banany miksujemy z olejem kokosowym i następnie łączymy wszystkie składniki ze sobą. Powstanie kleiste ciasto - przekładamy je na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę, wyrównujemy i układamy na nim śliwki.
Pieczemy w 170st. C przez 45 minut, lub do suchego patyczka.
Wyciągamy z piekarnika i studzimy w blaszce.

Rokitnik zalewamy wodą i doprowadzamy do wrzenia, miksujemy blenderem i przecieramy przez sitko bardzo dokładnie. Następnie znów doprowadzamy do wrzenia, dodajemy agar, mieszamy energicznie aż cały się rozpuści i nie będzie grudek. Ściągamy masę z palnika i czekamy aż ostygnie na tyle, że jeszcze będzie płynna, ale już nie gorąca (tu trzeba uważać bo agar dość szybko się ścina). Dodajemy miód, mieszamy dokładnie i wylewamy placek. Całość wkładamy do lodówki gdy w pełni wystygnie. Po jakiejś godzinie powinno być gotowe do krojenia.
Smacznego!


Zdjęcia dzięki uprzejmości Michała Nowika 

Tutaj najlepiej widać paleoplacek, pierwszy z lewej ;-)




 Starsza Córka personalizuje mój kubek na kawę :)


 Dream Team tylko z brikolą!











środa, 12 sierpnia 2015

Lody dla ochłody.



Upał.
Ale nie narzekam. Kocham lato.
Jest tak gorąco, że biorę prysznic kilka razy dziennie.
Kilka razy dziennie moczę też dzieciaki. Szczególnie Synka, który gromadzi różne ciekawe (?) rzeczy w swoich fałdkach.
Córki zaś, kilka razy dziennie biegają do lodówki, wyciągnąć z zamrażarki to cudo.
'Mamooo!!! Możeeemy looodaaaa?!!!'

Nie nadążam z produkcją.

Total gluten, nabiał i cukier free.

Sorbet bananowo - wiśniowy:
2 duże garści wiśni
4 banany
woda

Wiśnie pozbawione pestek umieszczam w rondelku, nalewam wody do połowy ich poziomu. Gotuję pod przykryciem aż zmienią kolor na 'ugotowany'.
Następnie razem z powstałym sokiem i bananami miksuję je blenderem na gładką masę.
Ową masę przekładam do pojemników na 'lody na patyku'. Sporo zostaje i tę resztę wrzucam do zamrażarki w miseczce z pokrywką.
Lody na patyku są gotowe następnego dnia. A te w miseczce trzeba miksować co godzinę, kilka razy, żeby miały fajną konsystencję do spożycia - co mnie się nie udaje. Zazwyczaj wrzucam tę miskę z resztą masy do zamrażalnika grubo po północy i idę spać. Następnego dnia czekam aż trochę odmarznie i dłubię ją nożem żeby sobie trochę nałożyć. Ot, tak domowe lody spożywa matka wielodzietna ;)
Smacznego!




środa, 8 lipca 2015

Krem z brokułów i cukinii.




Najszybsza zupa świata.
Bo nie ma chyba takich warzyw które ugotują się szybciej.
Nie potrzeba do niej wywaru, uduszona na maśle cebula z czosnkiem świetnie podkreśla smak brokuła. Cukinia nadaje zupie lekkości.
Polecam!
Ostatnio zabraliśmy sobie tę zupę na działkę, zjadaliśmy w plenerze z dużych filiżanek i zagryzając pikantną rukolą :)

Krem z brokułów i cukinii:
2 cebule
3 ząbki czosnku
1 brokuł
2 cukinie
3 łyżki masła klarowanego lub smalcu z gęsiny
sól i pieprz do smaku

Cebulę i czosnek dusimy na maśle aż zmiękną. Brokuła i cukinię dokładnie myjemy. Brokuł można też pomoczyć przez chwilę w osolonej wodzie.
Gdy cebule zeszkli się i lekko zarumieni wrzucamy pokrojone na małe kawałki brokuła i cukinię, dolewamy wodę tak aby jej poziom równał się poziomowi warzyw (może być bulion na upartego, ale nie jest to konieczne). Po około 7-8 minutach miksujemy całość i doprawiamy.
Zupa gotowa :)

Smacznego!




wtorek, 30 czerwca 2015

Pyszne ciasto bananowe z orzechami włoskimi i żurawiną.


Czerwiec pod znakiem podróży, potwierdzenia diagnozy choroby Starszej Córki, zmiany kierunku leczenia, nowych, ciepłych znajomości i kilku chwil nad Bałtykiem.
Dobry i owocny czas.
Przestaliśmy wisieć w próżni i wiemy co dalej.
Co zrobić żeby pomóc Córce, u której mimo leczenia, diet i naszych usilnych starań choroba nie chce ustąpić.

W stolicy po raz kolejny świat wywrócił się nam do góry nogami i przy okazji fiknął parę koziołków.
Mimo to jesteśmy wdzięczni. Za to co mamy. Za rodzinę. Za dobre dusze, które spotykamy na naszej drodze.

A to ciasto, wilgotne i ciężkie - przepyszne, upiekliśmy w drodze. Można tak powiedzieć ;)

Bananowiec z bakaliami, bez jaj:
3 duże, dojrzałe banany
1 szklanka mąki gryczanej
1/2 szklanki mąki ryżowej
1/4 skrobii z tapioki
1/2 szklanki cukru trzcinowego
1/4 szklanki wody gazowanej
4 łyżki oleju kokosowego
duża garść posiekanych orzechów włoskich
duża garść posiekanej suszonej żurawiny
1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli

Banany rozgniatamy widelcem z olejem kokosowym i wodą.
Mąki mieszamy z cukrem, sodą i solą.
Mokre składniki łączymy z suchymi mieszając niedbale, dodajemy bakalie.
Przekładamy ciasto do wyłożonej pergaminem tortownicy i pieczemy w 180st. C przez 50 minut.





poniedziałek, 8 czerwca 2015

Krem z batatów i marchewki.




Taki przednówek.
Wczoraj przyniosłam z ogródka przedostatni pęczek rzodkiewki i pierwsze liście jarmużu.
Pierwszy rok w ogrodzie nie zapowiada się zbyt obficie, chociaż bidy też nie będzie. Wszystko zależy od tego, jak obrodzą pomidory, ogórki i dynie. Hokkaido!!! Ukochane.
Na pewno wiem jak nie będzie wyglądał początek przyszłorocznego sezonu, ale czego można się spodziewać po ogródkowym debiucie, lekko spóźnionym i bez większego doświadczenia.

Cieszę się, że mam takie miejsce, po którym mogę chodzić boso, gdzie mogę grzebać w ziemi znosząc coraz większe jej ilości do domu, pod paznokciami.

Tymczasem posiłkujemy się kooperatywą i okolicznymi sklepami mieszając proste zupy. Wciąż 'najulubione' kremy.
Jeszcze niedawno warzywa upiekłabym w piekarniku, ale tak jest szybciej, jednogarnkowo i równie aromatycznie.
Nadaje się też dla Synka.


Krem z batatów i marchewki:
(składniki na 4 porcje + ew. dwie dokładki, jeśli dwie pierwsze porcje są małe ;) )
4 szalotki
2 ząbki czosnku
1 cm kawałek świeżego imbiru
2 duże bataty
3 marchewki
2 łyżki masła klarowanego
1/4 łyżeczki kardamonu
1/4 łyżeczki utłuczonych w moździerzu nasion kolendry
sól i pieprz do smaku.

Cebulę siekamy i podsmażamy, w garnku, na maśle z czosnkiem i imbirem, aż się zeszkli. W tym czasie obieramy bataty i marchewki, kroimy na mniejsze kawałki i dorzucamy do cebuli. Zalewamy warzywa wodą tak aby przykryła je na ok. 1cm. Gotujemy na średnim ogniu aż zmięknie marchewka, bataty gotują się troszkę szybciej. Na koniec miksujemy wszystko blenderem dodając kolendrę i kardamon.
Podajemy z prażonym słonecznikiem.


poniedziałek, 4 maja 2015

Karrramba!




Wpadła mi w ręce przypadkiem w którymś markecie.
Nie wiedziałam jak smakuje.
Pachniała mocno i egzotycznie.
Wzięłam dwie. 

Karambola.
Już dawno temu, przeglądając bloga Amy - The Wooden Spoon - trafiłam na TO CIASTO i od razu wiedziałam że kiedyś muszę upiec podobne!
Bardzo lubię zatapiać się w jej niesamowitym ogrodzie, gdzieś w Australii. Nie ważne, że tysiące kilometrów i całe oceany stąd. Zaparzam kawę, siadam przed monitorem i odpływam... O takim miejscu marzę... Bujnym, zielonym, płodnym i soczystym. O małym domku pośrodku, o wielkich oknach i dużej werandzie, gdzie na drewnianej podłodze siadalibyśmy do posiłków.

Jakaś niewidzialna siła ciągnie mnie do ziemi... Tak mocno, że jesienią ubiegłego roku, spotkaliśmy osobę, która znała kogoś, kto chciał sprzedać ogródek działkowy. Piękny! Z uroczym domkiem. Od razu wiedzieliśmy, że pasuje do nas jak ulał!
Odkąd tylko zrobiło się trochę cieplej, spędzamy tam prawie każde popołudnie.

Wątpię, żeby udało mi się wyhodować na niej egzotyczną karambolę. Ale zadowoli mnie chociażby koszyczek własnych truskawek.

To ciasto jest moim sprawdzonym przepisem na placek z owocami. Nie powielałam receptury Amy bo nie używam do pieczenia mąki migdałowej - nie nadaje się ona do podgrzewania. Karambola ma lekko twardą skórkę, która nie mięknie po upieczeniu, ale da się zjeść. Córki zostawiały ją na talerzyku. Smak tego owocu jest trochę nijaki, można więc dodać troszkę więcej cukru, szczególnie jeśli lubicie słodsze ciasta. My dosmaczaliśy cynamonowym cukrem pudrem.

Odwrócony placek z karambolą.

2 karambole
1 szklanka mąki jaglanej
1/2 szklanki mąki kokosowej
1/2 szklanki cukru trzcinowego
1 łyżka cukru z wanilią
2 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia, bezglutenowego
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/3 szklanki roztopionego masła klarowanego

Karambole myjemy i kroimy na 1cm plasterki. Wyciągamy pestki i układamy na spodzie wysmarowanej tłuszczem tortownicy (średnica 21 cm).
Żółtka oddzielamy od białek i ubijamy z cukrem na kogiel mogiel. Białka ubijamy na sztywną pianę.
Susze składniki mieszamy razem, następnie wsypujemy do masy jajecznej i dodajemy roztopione i ostudzone masło. Mieszamy drewnianą łyżką aż składniki się połączą. Na końcu należy delikatnie wmieszać pianę z białek.
Ciasto będzie dość gęste.
Wykładamy je na owoce i wyrównujemy.
Pieczemy w 170st. C przez 50 minut.
Po upieczeniu czekamy aż ciasto ostygnie, następnie ściągamy brzegi tortownicy i odwracamy je za pomocą dużego talerza. 
Smacznego!






piątek, 6 lutego 2015

Daktylowe amarantuski.



Kiedyś, dawno temu, przeglądając blog Delimammy natknęłam się na fajne domowe, owocowe żelki. Takie zawijaski. Nie dość że śliczne to jeszcze smaczne. I zdrowe, bo bez cukru.
Mają tylko jedną wadę - wychodzi ich mało i szybko się kończą.
Obie Córki przepadają za żelkami, chociaż tych sklepowych miśków nie jadły już bardzo dawno. I żeby je uszczęśliwić - bo akurat rozłożyło je w karnawale - zorganizowałam im taki domowy bal. Poprzebierałam, puściłam soundtrack z ulubionej ostatnio bajki i zrobiłam coś na kształt gumy do żucia, wzbogacając mus owocowy amaratnusowym poppingiem - żeby wyszło więcej. Dorzuciłam im do menu jeszcze domowe suszone banany. Są fantastyczne, ciągnące, bardzo słodko karmelowe. Wystarczy pokroić świeże banany w paseczki, ułożyć w suszarce do owoców i warzyw, i suszyć na najwyższej temperaturze przez kilka godzin. My zostawiamy suszarkę włączoną na noc i rano mamy gotowe łakocie, które dziewczyny mogą zabrać do przedszkola na podwieczorek.



Daktylowe amarantuski:
Szklanka suszonych daktyli
3-4 suszone morele niesiarkowane
garstka suszonej żurawiny
1 szklanka gorącej wody
1 szklanka poppingu z amarantusa

Owoce przelewamy wrzątkiem a następnie zalewamy gorącą wodą i zostawiamy na godzinę. Po tym czasie miksujemy blenderem na gładki mus. Mieszamy z amarantusem, rozsmarowujemy 2mm warstwę na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Suszymy kilka godzin w piekarniku w temp. 80st. C. z termoobiegiem, do momentu aż przestanie się kleić przy dotknięciu palcem. Po wyjęciu pokroić ostrym nożem w prostokąty.
Ja nasze amarantuski wstawiłam późną nocą i wyjęłam wczesnym rankiem.





czwartek, 29 stycznia 2015

Zupa groszkowa z czosnkiem i tymiankiem.



Wczoraj zrobiłam taką tradycyjną jarzynową, z brukselką. Wyszła pyszna, nie mogłam się nią najeść. Dawno już nie gotowałam takiej zwykłej zupy. Córkom za to nie bardzo smakowała... Młodsza wygrzebała ziemniaki a Starsza kazała ją sobie zmiksować...
Znaczy że mam kontynuować zupy kremowe, najlepiej takie w jednym, ładnym kolorze. Najlepiej schodzi dyniowa z imbirem. Jest na naszym stole przynajmniej dwa razy w tygodniu. Udało nam się, a raczej Teściowi, wyhodować ogromne dynie na ogrodzie i jeszcze wyjadamy zapasy. Niestety nie są one tak wielkie, jak potrzeby Córek, więc inne kolory zup są jak najbardziej wskazane, żeby dynia nie wyszła nam zbyt szybko.
W rezultacie dzisiaj groszkowa. Z dużą ilością czosnku, bo aktualnie Młodsza Córka zainfekowana jest - kaszle, smarka i gorączkuje. Do tego tymianek i kropla oliwy z pestek dyni.
Pyszna.


Zupa groszkowa z czosnkiem i tymiankiem
1 duża cebula
1/2 pora
ćwiartka selera
1 pietruszka
1 główka czosnku
1 opakowanie mrożonego zielonego groszku
1 łyżka masła klarowanego
1 łyżeczka suszonego tymianku
sól, pieprz do smaku

Cebulę, pora i większą część czosnku obieramy, siekamy i dusimy na maśle aż się zeszklą. Dorzucamy obrane i pokrojone na mniejsze kawałki pietruszkę i selera oraz wsypujemy groszek.
Zalewamy wodą tak, aby przykryła zawartość garnka o mniej więcej dwa centymetry. Gotujemy aż warzywa i groszek zmiękną. Dodajemy przyprawy, 3-4 pozostałe ząbki czosnku, i miksujemy.
Podajemy z podsmażonymi, cienkimi plastrami wędzonego boczku, odrobiną oliwy z pestek dyni i posypujemy tymiankiem.
Smacznego!